Archiwum kategorii: Rodzina

Obrona Krzyża – przez ateistkę z Włoch.

Natalia Ginzburg. Tak się nazywała. Była związana z partią komunistyczną. Jednocześnie potrafiła zdystansować się do nienawiści ludzi zacofanych w pewnym sensie – ludzi otumanionych pogardą i gniewem przechodzącym w nienawiść do ludzi. Tak, atak na krzyż to nienawiść, ślepa i atawistyczna. Ginzburg stanęła ponad te emocje.

„Krucyfiks nie rodzi żadnej dyskryminacji. Jest cichy. Jest obrazem rewolucji chrześcijańskiej, która rozpowszechniła na świecie ideę równości między ludźmi, której wcześniej brakowało. Rewolucja chrześcijańska zmieniła świat. Czy chcemy zaprzeczyć, że zmieniła świat? Od prawie 2 tys. lat mówimy <<przed Chrystusem>> i <<po Chrystusie>>. […] Krucyfiks nie rodzi żadnej dyskryminacji. Dlaczego Żydzi mieliby się obrażać? […] A w ukrzyżowanym Chrystusie czyż nie <<spotykamy>> kolejnego niewinnego człowieka, prześladowanego, zdyskredytowanego, sprzedanego, potępionego, tropionego wszędzie?”

Słowa te pokazują ludzki wymiar krzyża, ponieważ Bóg stał się człowiekiem i poniósł wszelkie tego konsekwencje – naszej małostkowości, pychy, gniewu, niechęci dla tych, którzy są lepsi od nas: mądrzejsi, lepiej się zachowujący, lepiej wysławiający – inteligentniejsi, bardziej moralni, lepiej kochający – bo bezwarunkowo. Ilu takich jest? Niewielu (święci).

To wszystko spowodowało, że tego człowieka zamordowano na Krzyżu. Dlatego że był doskonały. A doskonały może być tylko Bóg. Ludzie nie mogli tego znieść, że ktoś jest w każdym calu lepszy od nich. I zabili Go. Zabijając niejako samych siebie. W swym zagubieniu, zakłamaniu nie dając sobie szansy na coś więcej…

„Krucyfiks jest znakiem ludzkiego bólu. Korona cierniowa, gwoździe przywołują Jego cierpienie. Krzyż, który wyobrażamy sobie wysoko w górze, jest znakiem samotności w śmierci. Nie znam żadnego innego znaku, który tak dobitnie oddawałby sens naszego ludzkiego przeznaczenia. Krucyfiks jest częścią historii świata”.

Tak jak częścią historii świata są ludzie małostkowi, pełni gniewu, zła nienawidzący innych ludzi. To właśnie duża część tych po lewej stronie. Zbudowani na nieporządku jakim jest filozofia leżąca u podstaw systemów komunistycznych, są zagubieni, jednocześnie pełni nienawiści do reszty, ponieważ odczuwają podświadomie, że coś jest nie tak z ich myśleniem, czuciem, drogą. Jednak opacznie to interpretują zwalając wszystką winę na bliźniego. I nienawidzą drugiego człowieka. Dlatego żyją w gniewie. I opluwają innych jadem swojej nienawiści. Nie widzą swoich błędów. Ale zwalają je na innych. Tylko w ten sposób mogą pozbyć się niepokoju i strachu. A że muszą też kochać, ponieważ to naturalny stan ludzki – to kochają swoją pokręconą, wypaczoną miłością zwierzęta, przyrodę, skały rośliny, widoki. Ponieważ nie stać ich na prawdę w swoim życiu. Nie widzą jej.

Kiedyś miałem taki epizod: kotka siedziała na dachu i nie umiała zejść, miałczała przeraźliwie. Staliśmy poniżej z pewną kobietą. Ona wypowiedziała taką kwestię pod wpływem całej sytuacji: „biedna kotka, jak mi jej żal, zrobiłabym wszystko dla niej, ale jak by tam był jakiś człowiek to niech by zdechł!” powiedziała to z pasją i jakąś taką złością w oczach. Poczułem chłód na plecach. Tak nienawidzącej osoby dawno nie spotkałem.

Budują oni swoje wizje świata na mirażach, odbiciach lustrzanych prawdy. Kłamstwach i ideologiach zakrywających naturalny porządek świata.

„Ateista wymazuje ideę Boga, ale zachowuje ideę bliźniego.”

Oni nie zachowują nawet idei bliźniego. Trwają w swojej nienawiści do świata i ludzi… Mam kolegę ateistę. Poszukującego prawdy. Taki przykład. Jego szacunku do ludzkiego życia. Absolutnie jest przekonany że życie ludzkie zaczyna się z chwilą poczęcia, i to jest początek osoby ludzkiej. Uważa to za naukowy pewnik, i oczywiście pokazuje wiele przykładów z samej nauki potwierdzających tą prawdę. Ateista. I jest absolutnie przeciwny zabijaniu nienarodzonych. Ateista. Często dyskutujemy na różne tematy, i w wielu sprawach mamy odmienne zdanie. Jednak w zasadniczych nie różnimy się specjalnie. Tak wygląda Prawda. Prawda jest uniwersalna. Dla osoby wierzącej i niewierzącej. Tak mi się zdaje że mój kolega ateista ma spore szanse zobaczyć Boga i być zbawionym. To oczywiście tylko moje zdanie…

„Można powiedzieć, że wielu zostało sprzedanych, zdradzonych i torturowanych za wiarę, za bliźniego, za przyszłe pokolenia, a na murach szkół nie ma ich wizerunków. To prawda, ale krucyfiks reprezentuje ich wszystkich. Jak to możliwe, że reprezentuje ich wszystkich? Ponieważ przed Chrystusem, nikt nigdy nie powiedział, że wszyscy ludzie są równi i wszyscy są braćmi, wszyscy bogaci i biedni, wierzący i niewierzący. Żydzi i nie-Żydzi, czarni i biali. I nikt przed Nim nie powiedział, ze w centrum naszego istnienia musimy umieścić solidarność między ludźmi. A bycie sprzedanym, zdradzonym, torturowanym i zabitym za wiarę może przytrafić się każdemu w życiu. Myślę że to dobrze, aby dzieci i młodzież wiedziały o tym już od szkolnej ławy”.

Czy to nie oczywiste, że to co powiedziała ateistka i sympatyczka idei komunizmu pokazuje wyraźnie że tak mógł powiedzieć tylko Bóg do swoich dzieci? Czy inny człowiek, nawet najdoskonalszy byłby tak wspaniałomyślny dla wszystkich swoich braci? Całej ludzkości? Taki pełen miłości? Tajemnicą zostaje dlaczego tutaj jesteśmy, dlaczego wszystko dzieje się tak jak się dzieje i dlaczego nie Mógł (Bóg) pojawić się wszystkim ludziom na Świecie i powiedzieć: jestem Waszym stwórcą, który Was kocha – Kochajcie się”. A może jednak to nie jest aż tak wielka tajemnica? Wyobrażacie sobie, żeby dosłownie wszyscy ludzie na świecie, którzy przeżyliby coś takiego; po pierwsze: uwierzyliby faktycznie, że to Bóg im się objawił a nie jest to na przykład; wynik ich wczorajszego balowania, a po drugie: czy byliby w stanie tak od razu w jednej chwili zrozumieć implikacje tego faktu i tak sami z siebie pokochać w tej samej chwili wszystkich swoich bliźnich; rodzinę, sąsiadów, kolegów z pracy, polityków, złodziei, bandytów itp…? Nie wydaje się mi. I pewnie dlatego musimy iść inną drogą, poprzez doświadczenie i zrozumienie zacząć kochać powoli i z trudem tych wszystkich ludzi…

„Natalia Ginzburg, żydowska ateistka, w 1988 roku na łamach „L’Unità” broniła obecności krzyża w szkołach (esej Non togliete questa croce)” – Przegląd od AI

włoska pisarka, filozofka, działaczka społeczna zaangażowana w ruch antyfaszystowski. – austeria.pl

Systemy „uczenia się”, a tak naprawdę: kontroli umysłu.

„Nie ma błędów – są tylko doświadczenia” mówi jeden z systemów samodoskonalenia. Co to znaczy w jego interpretacji? Co pozwala wykluczać? Może uda się mi oddać intuicję problemu poniżej.

Ciągle chcemy być lepsi w tym co robimy, odnajdywać drogi rozwiązania problemów, umieć wychodzić z nich, nie musieć czuć dyskomfortu i dramatu porażki. Dlatego też każdy system szkolenia, nauczania jak się odnaleźć w rzeczywistości świata zawsze będzie budził zainteresowanie. Nieważne jest jak długo istnieje, czy jest merytoryczny, oparty na wiedzy i nauce. Ważne jest, że w atrakcyjny i zdaje się: prosty sposób przedstawia nam drogę do rozwiązania naszych problemów. Dodatkowo brzmi i wygląda profesjonalnie, stwarza pozory „bycia” jakimś rodzajem naukowej prawdy. Pomaga w tym specyficzny meta-język, który jest tylko w nim używany, trzeba nauczyć się naukowo brzmiących pojęć, przejść wiele szkoleń aby zacząć rozeznawać się nawet na początku w całości funkcjonowania technicznego systemu, aby potem przejść do dalszego ciągu… szkoleń z jego wykorzystywania.

Wszystkie szkolenia są [super] profesjonalne, na najwyższym poziomie mentalnym (wszelkie potrzebne narzędzia – sala, nowe tajemnicze pojęcia, wizualizacje, mili prowadzący wykłady). I oczywiście jedyna bariera, którą zresztą łatwo pokonać gdy jeden i drugi kolega z prawej czy lewej już w tym jest, jest zachwycony, bo przecież; właśnie – wydał pieniądze. Każde szkolenie jest płatne. I ludzie płacą. Płacą za marzenia wolności o braku problemów.

Jeżeli chodzi o osoby nie wierzące to jestem w stanie to pojąć, nie mają punktu oparcia: Łaski Bożej na którą czekają, o którą proszą w modlitwie, którą otrzymują. Wierzą. Nie miejsce tutaj na omawianie fenomenu wiary, to bardzo indywidualne i rozległe zagadnienie. Niemniej osoby wierzące w nieustającą miłość Boga, która jest nieograniczona, nieprzemijająca i również pełna miłosierdzia w swej naturze, mimo wszelkich niedogodności życia na świecie (z uwagi na wolną wolę, inne osoby wybierają inaczej), są uskrzydlone wiarą. Takim szczytowym przykładem uskrzydlenia są święci. Potrafią zmierzyć się z problemami i wyzwaniami przekraczającymi percepcję zdecydowanej większości zbiorowości ludzkiej. Jest to niepojęte i niewytłumaczalne – poza jednym aspektem: wiarą.

Każdy żyjący w kościele katolickim współbrat powinien przynajmniej starać się w swoim życiu zmierzać do pełnego przyjęcia Łaski Bożej. Nie zrozumienia. Zrozumienie odbywa się przez Wiarę. I jest poza umysłowe. Daje jednak człowiekowi wewnętrzny spokój pewność wyznaczonych celów i drogi. Człowiek wzrastający w Wierze nie potrzebuje żadnych protez samo akceptacji, samo spełniania siebie, poprzez ćwiczenia, szkolenia inne działania. Wiara daje mu pewność drogi, którą zmierza. Ciągłe w niej wzrastanie to proces nieustający trwający do końca życia. Ciągle zmierzamy się ze słabościami, błędami-grzechami. Ciągle je rozpoznajemy. Z niektórymi walczymy od lat. Jednak nie potępiamy się. Nie żyjemy w rozpaczy. Mamy daną Miłość Boga, nieskończoną. Mamy Jego Miłosierdzie mimo naszej świadomości słabości i niedoskonałości. I świadomości tych braków.

Dla tych którzy pytają: po co to wszystko? Sam aspekt wiary nam odpowiada: wystarczy wierzyć prawdziwie w Miłość. A Miłość Boga, to nie miłość ludzka. Moje myślenie (tak, człowiek już taki jest ze ciągle musi szukać odpowiedzi) gdzieś mi buduje taki scenariusz jakiegoś rodzaju zjednoczenia z Bogiem po śmierci. Trudno jest człowiekowi wyzbyć się własnego „Ja”, własnych pragnień, dążeń, przyjemności całego tego bagażu jaki niesiemy przez życie tworząc sobie swoją subiektywną wizję świata w umyśle. Może o to chodzi aby całkowicie zdać się na łaskę Boga. Sądzę że Święci osiągnęli właśnie taki stan.

W takim razie, w naszej modlitwie we wszystkim co czynimy aby iść za Miłością Boga czego potrzebujemy? Potrzebujemy tylko Wiary, i wiary w Łaskę Boga daną nam, konkretnie i indywidualnie.

Jak w tym kontekście wygląda zacytowany na początku jeden z frazesów wymyślonych w systemie wspomagania własnego „ja”? Co próbuje nam powiedzieć?

Po pierwsze: nie ma błędów (w domyśle – ty nie popełniasz błędów).

A więc nie ma grzechu. Nasze sumienie nie musi się martwić. Jeżeli zrobimy coś złego, to nie grzech. To nie błąd. Spokojnie bez zmartwienia. Religie nas tylko straszą. Co tam religie… Prawo nas tylko straszy. No, nic nie poradzimy, bo ci co ustanowili prawo są w większości. Trochę problem. Ale jak zbudujemy sobie odpowiednią interpretacje w naszym umyśle, to nawet karę za „błąd” uznamy za niesprawiedliwe uderzenie w nas samych… itp (można iść daleko w sposobie rozumienia tego ominięcia w umyśle popełniania błędu – zależy indywidualnie od adepta, może i trafią się jakieś skrajne przypadki…).

Po drugie: Jest doświadczenie. A więc wszystko co czynimy złego i dobrego zostało zrównoważone. Jeżeli błąd złem nie jest, a tylko jakimś tam doświadczeniem które uczy nas np. w przyszłości jak unikać odpowiedzialności za to „doświadczenie” to co otrzymujemy? Dekalog okazuje się „pikusiem”, a dalej – cóż z prawem ludzkim? Zło, dobro – wszystko wrzucone do jednego wora. Ten nasz frazes, który stara się osiągnąć wartość logiczną 1 poprzez właściwe umocowanie w sferze odbioru (obudowane różnymi zabiegami mającymi na celu zamydlić nam oczy, że mamy do czynienia z poważną tezą naukową), zaburza nam wartościowanie naturalne – rozpoznanie zła i dobra. Od razu odpowiadam, cytując pewną znaną sentencję: „Człowiek uczy się na błędach”. Tutaj tak nie ma. Bo tutaj nie ma rozpoznania i zaszeregowania w kategoriach negatywnych. Błąd staje się li tylko doświadczeniem budującym w osobie idącej tym torem jakieś metody rozwiązania problemu – również przez jego obejście i nie analizowanie jako: dobre, złe. Wszystko ma służyć jednostce w jej samodoskonaleniu się. W osiągnięciu statusu równemu Bogu. Dlatego następuje eliminacja pojęcia zawartego w cytowanej sentencji, a rozumianego opacznie przez kolegę z którym na ten temat dyskutowaliśmy. Cytuję:

Błąd nie jest złem (jak ulał pasuje do definicji systemu z którego pochodzi cytowany frazes). Błąd to przyznanie się że postąpiłem niewłaściwie (?). Tutaj nastąpiło pomieszanie samego rozpoznania błędu (jeszcze w tej klasycznej koncepcji rozumianego – jako błąd, a nie doświadczenie), ze świadomością jego popełnienia. Do tego jednak jest potrzebna nie tylko świadomość, ale to, z czego ona się bierze. System wartości. Dodam: system wartości oparty na dekalogu, w części lub w całości (w zależności od systemu religijnego czy filozoficznego jaki będziemy próbować przyłączyć do naszej teorii).

Przeanalizujmy: Przyznanie się. Żeby się przyznać do czegoś musimy zdawać sobie sprawę – że mamy do czego się przyznawać. Z reguły przyznawanie się dotyczy raczej spraw negatywnych. Przyznajemy się do winy, błędu, pomyłki. Ale skąd wiemy że to są te właśnie wartości? Ponieważ dysponujemy systemem który wskazuje co jest dobre, a co złe. Inaczej nie umielibyśmy tego rozpoznać. Można wychowywać osoby w świadomości że zabicie niewiernego nie jest grzechem, błędem, złem. Są systemy religijne i także społeczne systemy, które próbują zamienić takie wartościowanie. Chociażby nazizm, nacjonalizm w skrajnym wydaniu (szowinizm). Wszystko to jednak opiera się na jakiś wartościowaniach. Coś jest dobre, coś jest złe. Próba zamiany miejscami. Ale nadal mamy – dobre zachowanie, złe zachowanie. Tutaj nasz „frazes” (nie chcę tego nawet nazywać tezą) próbuje wyrzucić wartościowanie. Usunąć je z myślenia wrzucić tylko jako coś co przyda nam się do naszego dalszego rozwoju zmierzającego ku osobniczej doskonałości. Brak wartościowania obala bariery etyczne i moralne. Hulaj dusza… Wszystko służy jednemu. Samodoskonaleniu. Nie ponosimy za nic winy, ponieważ nie popełniamy błędu. Jakkolwiek byśmy go nie nazwali… błędu w sztuce, który jako taki może być niegroźny lub bardzo groźny (sztukmistrz źle uczynił sztukę i wszyscy to zauważyli, lub inżynier popełnił błąd w swej sztuce źle obliczając proporcje betonu i most się zawalił zabijając iluś ludzi). Z perspektywy tej pseudo-nauki to tylko doświadczenie które daje nam jakaś informację, ale całkowicie „rozgrzesza” z odpowiedzialności wewnętrznej (na zewnętrzna nie mamy wpływu – idziemy do więzienia za błąd w sztuce – w przypadku inżyniera). Wewnętrznie jednak inżynier tylko „nauczył się” na podstawie doświadczenia. Jest wolny od kategoriowania wynikającego z dekalogu, czy jakiejkolwiek odpowiedzialności. Jak naziści. Przecież Żydzi to nie byli ludzie – całą nauka o tym mówiła specjalnie stworzona na ten cel. Ile zabiegów żeby rozmyć to co naturalnie było wykształcone w procesie cywilizacyjnym, który narzuca prawo naturalne oparte o prawo boskie. Niech będzie: w pełni tożsame z prawem boskim (to dla niewierzących).

Nie uciekniemy od wartościowania na czyny dobre i złe, o ile posługujemy się dekalogiem, czy opartym na nim prawie naturalnym. Skąd wiemy że postąpiliśmy niewłaściwie? Właśnie z wiedzy na temat dekalogu. Tutaj buduje się w nas świadomość braku dobra. Ponieważ umiemy to rozróżniać. Jesteśmy tak wychowywani, aby udało się to rozróżnić przed popełnieniem czynu. Aby nie był to nasz błąd. Zło które uczyniliśmy. Czasami nie zdajemy sobie sprawy z błędu, wynika to z uwarunkowań różnego typu. Czasami z sytuacji w której się znaleźliśmy, dynamiki jej trwania być może i też. Chociaż powinniśmy nie ulegać takim rozpraszaniom w dziele działania w zgodzie z dekalogiem. Niemniej są sytuacje że po popełnieniu błędu zachodzi proces analizy, który jest w stanie nam wykazać że popełniliśmy błąd i dokonać wartościowania: bardziej lub mniej zły. Błąd raczej dobry być nie może.

Nie wiem czy udało się mi właściwie (zrozumiale) opisać intuicję jaką mam w związku z tym frazesem systemowym. Starałem się. Mam nadzieję że moja krótka analiza coś wniesie. Może komuś pomoże. Zapewne poruszę jeszcze temat od strony wiary bardziej intensywnie. Ale to już nie w tym wpisie.

Pozdrawiam

Święta Bożego Narodzenia 2021

Święta Święta i po Świętach jak to się mawia. Czas pędzi dalej nie uciekniemy przed tym. Pytanie jak go przeżywamy? Czy czerpiemy z pokładów zrozumienia, miłości wzajemnej, wybaczenia błędów szczególnie tym których Kochamy? Bo przecież jak nasza miłość ma wyglądać, gdy tego nie umiemy? Nie umiemy kochanej przez nas osobie wybaczyć? Powiedzieć; nic się nie stało, przecież Kocham Ciebie.

Czas Świąt Bożego Narodzenia, przyjścia na świat miłości bezgranicznej (mimo wszystkich naszych słabości i błędów), jest ku temu najlepszy. Zrozumieć co znaczy Miłość wszechogarniająca, jak w liście do Koryntian Świętego Pawła i stosować się do tego – powinno być celem każdego z nas. Dogłębne zanurzenie się w tym wszystkim co jest napisane w Liście do Koryntian, realizowanie tego, to nasza szansa na prawdziwą Miłość.

Coś o Miłości przy okazji Różańca do Granic:

Kilka słów o Miłości napisałem w czasie Wielkanocy:

I samo meritum, tak powinna wyglądać Miłość:

Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaj
e

Jeżeli damy radę z tym wszystkim i w czasie Świąt i po nich – będzie i nam lepiej się żyło, ale też damy lepsze życie innym.

Pamiętajmy, gdy przemija czas Wigilii, nie zostawiajmy Jezusa z jego przesłaniem bezwarunkowej Miłości samego przy stole wigilijnym.

Pamięci mojej Teściowej: Marii Baneckiej z domu Jankiewicz.

Pochodziła z Kresów. Jej rodzina uciekała w 1944 roku na przełomie marca i kwietnia z rodzinnej miejscowości Brody (za Lwowem). Maria rodziła się gdzieś w drodze, gdy kluczyli uciekając przed (prawdopodobnie) Banderowcami. Jej dziadek został spalony na oczach rodziców w Brodach w domu. (tą relację opowiadała mi kilkukrotnie, powtórzoną oczywiście przez jej rodziców, gdy jeszcze żyli). Data urodzin Marii jest płynna – to znaczy nie wiadomo dokładnie czy był to 1- czy 4 kwietnia. Tę datę wpisano w Przemyślu (bodajże) w akt urodzin. Dalej jej rodzina zamieszkała w Stalowej Woli. Jej matka Rozalia pochodziła z domu Grab. Ciekawym jest to że pierwszy raz usłyszałem tą relację, kiedy dowiedziała się że zająłem się tematem Ludobójstwa na Kresach. Nawet moja żona jej nie znała i nie wiedziała ze Mama pochodzi z Kresów.

Moja teściowa była bardzo ciepłą osobą, spragnioną miłości, troszkę chyba niespełnioną. Katoliczka, często modliła się (też Koronką do Miłosierdzia Bożego – kiedyś będąc u niej w domu o 15.00 razem ją odmówiliśmy, żałuję że był to tylko jeden raz – z nią we wspólnocie). Absolwentka poznańskiej Akademii Ekonomicznej (obecnie Uniwersytet). Emerytka. W zeszłym roku trafiła do szpitala. Parkinson dawał się coraz mocniej we znaki, straciła władzę w nogach. Na oddziale neurologicznym zakażona COVID19. wyszła z tego zakażenia w styczniu. Silny organizm Kresowiaczki podołał. Myśleliśmy że będzie coraz lepiej. Szukaliśmy rekonwalescencji – możliwości rehabilitacji. Niestety, nagle zaczęło się wszystko psuć, coraz więcej problemów mimo prób ratowania lekarzy na Lutyckiej – za co dziękujemy. Wdało się odksztuśne zapalenie płuc które było bezpośrednią przyczyną śmierci.

Będę miał ją zawsze w mojej pamięci jako pełną pragnienia miłości, ciepłą osobę. I zawsze w modlitwie.

Dobry Jezu a nasz Panie daj Jej wieczne spoczywanie.

Foto z lat młodości, poniżej zespół w którym prawdopodobnie tańczyła (lub była na jego występie- to musze ustalić) w Stalowej Woli (takie foto znalazłem w albumie).

Razem z wybrańcem serca – młodość…
Na rękach mała Beatka – moja przyszła żona.
śp Maria Banecka

Start w kampanii do Sejmu RP. Piotr Szelągowski; lista nr 2, 14-ta pozycja.

Drodzy Czytelnicy moich blogów, obserwatorzy działań kresowych i propagujących sporty strzeleckie, od kilku tygodni biorę udział w kampanii do Sejmu RP. W sierpniu poinformowano mnie o zaszczycie wpisania na listę Kandydatów. Oczywiście, czasu mało dlatego moja kampania opiera się głównie na poleceniach, wśród tysięcy osób, które zdążyłem poznać przez okres 14 lat działań społecznych. W trakcie kampanii otrzymuję wiele pytań. Poniżej postaram się odpowiedzieć na te kilka które uważam za najistotniejsze, a też dla tych którzy mnie nie znają pokazać i odpowiedzieć czym się zajmuję, co robię.

Czytaj dalej

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety…

Wstrząsająca lektura przeżyć kobiet na froncie II Wojny Światowej. Kobiet służących w armii sowieckiej. Jak bardzo odmienne opowieści. Nie ma mowy o planach bitew, zdobywaniu przyczółków. Jest za to wiele o miłości, wrażliwości, bólu, losie ludzkim.
O tym jak były traktowane.
Utkwiło mi takie jedno zdanie: „pod ogniem to do mnie wołali: Siostrzyczko! Siostrzyczko, …a po walce to każdy na mnie dybał…
Straszna prawda o słabej płci w takim miejscu gdzie ludzkie uczucia, odruchy, przestają się liczyć.
Opisy straszliwych tortur i świadomość że wiedziały na co się narażały:
„Wiedziałam dokąd trafiłam i byłam szczęśliwa że nikogo nie wydałam”
Jak bardzo były to traumatyczne przeżycia można odczuć czytając jak dochodziła do siebie autorka tej relacji:
„Cały czas krzyczałam, milkłam dopiero gdy mnie zanurzyli w gorącej wodzie. Mamy nie puszczałam od siebie nawet na chwilę. Błagała: Córeczko muszę iść do pieca. Na ogródek. A ja trzymałam się jej.”
Jak bardzo życie zmienione, stracone. Poczucie utraty czasu swojej młodości. Kilkunastoletnie dziewczyny, niewinne i czyste jak biały kwiat, zbrukane grozą wojny, wykoślawione żywoty. Zniszczone piękno.

„Wsadzili do więzienia, kopali, bili pejczem. Kładą człowiekowi ręce na stół i jakaś taka maszynka wciska mu igły pod paznokcie. Równocześnie pod każdy. Piekielny ból. Od razu traci się przytomność.”
Kto mógł wpaść na taki pomysł? Aby piękne kwiaty mające przyozdabiać najpiękniejsze uczucie na świecie – miłość, tak traktować?

Gdzie w tym wszystkim miejsce na dziecko? Na dom?
„To pod Kijowem, nasz skład strasznie zbombardowano. a on wtedy ściskał tego kotka. U dziecka wszystko powinno być dziecięce…zasypiał ze słowami: Mamusiu mamy kotka, teraz mamy prawdziwy dom.
[…]
Nie możemy się rozstać nawet na kilka dni. Ani chwili nie mogę bez nich żyć.
Kto był na wojnie ten wie co to znaczy. Rozstać się na jeden dzień choćby na jeden dzień”.

Jak ważne było być razem. Przetrwać. Ilu się nie udało.
A po wojnie dopada samotność po śmierci bliskich.

„Taty i mamy już dawno nie ma. Te długie bezsenne noce….Ileż lat minęło, a mój najstraszliwszy sen to ten, kiedy budzę się zlana zimnym potem…”

Samotność. Też i brak umiejętności bycia z kimkolwiek po traumie jaka została. Po tym wszystkim, co ma się przed oczyma. Niektórym się nie udało założyć rodzin.
Samotność.

Jak bardzo podobne są to losy do tych, które dotknęły naszych rodaków na Wołyniu.
Jest jedna różnica; one dostawały (nie zawsze) medale. Gdzieś tam mówiono dobrze (też i źle), ale były bohaterkami, nawet jeżeli wbrew sobie.
Nasi musieli w milczeniu przeżywać obrazy zbrodni jakie na zawsze zostały przed ich oczyma. Niektórym tylko starczyło sił do walki o prawdę.
Dlatego ja muszę im pomagać. Dać to na co nie mieli siły.

A książka? Pokazuje zło wojny bardziej dosadnie niż jakakolwiek którą czytałem do tej pory. Może dlatego że przez pryzmat tych delikatnych istot, które przecież stworzone zostały do miłości, rodzenia i wychowywania dzieci – tworzenia rodziny.

Każdy powinien ją przeczytać, aby uzmysłowić sobie jakim przerażającym tworem jest wojna. I aby mógł zrobić wobec tego naprawdę wszystko by temu zapobiec.
Lektura obowiązkowa. Dla każdego.

Boże Ciało 2018.

Kilka fotek z Bożego Ciała. Ktoś powiedział: idą za Bogiem, a od poniedziałku znów, nieprzyjaźń, nienawiść. Zgadza się: bez Boga, bez absolutnej, bezwarunkowej miłości do drugiego człowieka nie da się być doskonałym, dobrym. Zresztą my przez całe życie tylko dążymy do nieosiągalnej doskonałości.
Tak jak ci ludzie w marszu za Jezusem.

Czytaj dalej